30 proc. kobiet w więzieniach to ofiary przemocy. Dlaczego system je karze?
Prawie jedna trzecia osadzonych kobiet, oskarżonych o morderstwo lub zabójstwo, doświadczyła wcześniej przemocy domowej. Dlaczego zamiast pomocy trafiły za kratki?
Prawie jedna trzecia kobiet osadzonych w amerykańskich więzieniach za morderstwo lub zabójstwo to ofiary przemocy domowej. Tak wynika z badań dziennikarki Justine van der Leun, która przez lata analizowała akta sądowe i rozmawiała z uwięzionymi kobietami. Jej zdaniem rzeczywista liczba może być znacznie wyższa – system karny rzadko uznaje przemoc domową za kluczowy element historii tych kobiet.
Dlaczego ofiara nie odchodzi? To pytanie, które zadajemy sobie najczęściej
„To naturalne pytanie, które zadają sobie ludzie, którzy tego nie przeżyli” – mówi van der Leun. „Myślą: gdyby ktoś mnie gwałcił, dusił, to bym po prostu odeszła. Każdy, kto przez to przeszedł, wie, że nie można”.
Dziennikarka podkreśla, że kluczowe nie jest to, czy ofiara chce odejść, ale czy oprawca jej na to pozwoli. „W każdej sprawie, którą analizowałam, ona chciała odejść. Ale w sytuacji przemocy domowej ofiara doskonale zna wyzwalacze swojego oprawcy i wie, co się stanie, jeśli spróbuje” – mówi van der Leun.
Dodaje, że przemoc narasta stopniowo. „Gdyby rzucił mnie na ziemię i zgwałcił na pierwszej randce, nie byłabym z nim” – cytuje jedną z kobiet. „Ale nadużycie jest tak stopniowe, że trudno je dostrzec, dopóki nie jest za późno”.

Dlaczego ofiara nie odchodzi? Bo oprawca nie pozwala
Van der Leun podkreśla, że pytanie „dlaczego nie odeszła” jest naturalne, ale błędne. „To nie jest decyzja ofiary – to decyzja oprawcy, czy pozwoli jej odejść” – mówi. W każdej sprawie, którą analizowała, kobiety chciały uciec, ale nie mogły. Oprawca izolował je, przejmował kontrolę nad finansami, groził dzieckiem.
„Gemma, jedna z bohaterek książki, powiedziała: nie ma znaczenia, jak silna jesteś. Jeśli ktoś dzień po dniu mówi ci, że jesteś beznadziejną matką, że nic nie jesteś warta – zaczynasz w to wierzyć” – relacjonuje van der Leun.
Dodaje, że najniebezpieczniejszy moment to ten, gdy ofiara próbuje odejść lub już odeszła. Wtedy ryzyko eskalacji przemocy jest największe.
Dlaczego samoobrona nie działa w sądzie? Problem „rozsądnego mężczyzny”
Van der Leun wyjaśnia, że prawo do samoobrony opiera się na standardzie „rozsądnej osoby” – ale historycznie był to standard „rozsądnego mężczyzny”. „Wyobraźmy sobie dwóch mężczyzn przed barem, podobnej postury, którzy się biją. Czy rozsądny mężczyzna w tej sytuacji zareagowałby tak samo?” – mówi.
Dla kobiety w sytuacji przemocy domowej to, co jest rozsądne, wygląda zupełnie inaczej. Problemem jest też wymóg bezpośredniości zagrożenia – prawo wymaga, by atak miał miejsce „w tej samej sekundzie”. „Gdyby doszło do walki wręcz, kobieta zwykle by zginęła. Nie byłaby w stanie się obronić” – podkreśla van der Leun.
Jak system karny karze ofiary zamiast oprawców
Przykładem jest historia Tanishy. Kobieta, która nie miała gdzie mieszkać, zamieszkała z mężczyzną, który szybko przejął kontrolę nad jej życiem i finansami. Gdy zabił mężczyznę w ich wspólnym mieszkaniu, zagroził jej bronią i kazał pomóc w ukryciu ciała. Tanisha uciekła, ale po latach zgłosiła się na policję, by pomóc rozwiązać sprawę.
„Obiecano jej immunitet, ale nie dostała go. Prokuratorzy powiedzieli, że aby była wiarygodna dla ławy przysięgłych, nie mogła dostać żadnej ugody. Wykorzystali ją jako świadka, a potem wrzucili do więzienia” – mówi van der Leun.
Dzieciństwo, które programuje dorosłość
Badania pokazują, że 77 proc. dzieci, które doświadczyły przemocy, pada ofiarą nadużyć także w dorosłym życiu. Van der Leun obserwowała ten mechanizm u wszystkich opisywanych kobiet. „Tanisha była maltretowana jako dziecko – niemal przyjęła za pewnik, że mężczyzna będzie ją bił. Nie wiedziała, że zasługuje na coś lepszego” – mówi.
Dziennikarka podkreśla, że trauma z dzieciństwa, jeśli nie jest przepracowana, uniemożliwia budowanie zdrowych relacji. „Ofiary niosą w sobie nienawiść do siebie, wstyd i poczucie bezwartościowości. Oprawcy doskonale to wyczuwają” – dodaje.
Co zmieniają nowe przepisy? Szansa na sprawiedliwość
W ostatnich latach kilka stanów USA – m.in. Nowy Jork, Oklahoma, Illinois, New Jersey i Georgia – uchwaliło ustawy, które pozwalają skazanym kobietom na ponowne rozpatrzenie sprawy, jeśli wykażą, że przemoc domowa była istotnym czynnikiem prowadzącym do przestępstwa. Ustawy działają też wstecz – dają szansę kobietom już osadzonym.
„Te przepisy są bardzo ważne, ale nie mogę lukrować rzeczywistości – to problem systemowy. Pokoleniowy. Sięgający czasów niewolnictwa” – mówi van der Leun. „Narracje, które słyszymy o tych kobietach, etykiety, które im przypinamy – przez system karny, media – nie mają nic wspólnego z tym, kim naprawdę są ani co się wydarzyło”.
Co to oznacza dla nas? System, który nie widzi ofiary
Historie opisywane przez van der Leun pokazują, że przemoc domowa nie jest prywatną sprawą – to systemowy problem, który dotyka kobiet na całym świecie, także w Polsce. Ofiary, które próbują się bronić, często stają przed sądem jako oskarżone, a nie poszkodowane.
„Narracje, które słyszymy o tych kobietach, etykiety, które im przypinamy – przez system karny, media – nie mają nic wspólnego z tym, kim naprawdę są ani co się wydarzyło” – podsumowuje van der Leun. „To zmieniło moje rozumienie tego, co znaczy być kobietą w Ameryce. To jest wbudowane w naszą kulturę i społeczeństwo”.
Dla polskiego czytelnika te historie są ostrzeżeniem: przemoc domowa to nie tylko problem jednostki, ale systemu, który zbyt często karze ofiary zamiast oprawców. Wiedza o tym mechanizmie może pomóc lepiej rozumieć sytuację kobiet wokół nas – i reagować, zamiast pytać „dlaczego nie odeszła”.


